Życie · 6 min czytania

Cyfrowy nomad: rzeczywistość bez filtrów

Instagram pokazuje kawiarnie z laptopem w Bali. Nie pokazuje problemów z internetem, samotnością i brakiem struktury. Piszę o tym co naprawdę wygląda.

Mateusz PileckiCEO MKM Labs · 63/195
PodróżeŻycie

Kiedy ktoś pyta mnie, czy jestem cyfrowym nomadem, zwykle unikam odpowiedzi. Słowo brzmi dobrze, ale opisuje karykaturę. Instagram pokazuje laptop na plaży, drinka kokosowego i taras z widokiem na ryżowe pola. Ja pokażę co innego: padający WiFi, samotność w coworkingu na 80 osób i depresję w drugim miesiącu Chiang Mai, bo nie mam żadnej struktury dnia.

Mit vs realia: co mi się nie śniło

Zaczynałem w 2019 roku, jeszcze przed tym, jak pandemia zrobiła z tego modę. Pierwsze trzy miesiące w Tajlandii wyglądały dokładnie tak, jak w moich wyobrażeniach: wynajęty skuter, kafeteria z silnym kawowym, laptop zawsze w plecaku. Problemy pojawiły się w czwartym miesiącu, kiedy wszystko okazało się trudniejsze niż myślałem.

Przykład z mojego kalendarza: 14 marca 2021, Da Nang, Wietnam. Miałem ważną rozmowę z klientem o 16:00 czasu polskiego, czyli o 22:00 lokalnego. Mieszkałem w Airbnb z "szybkim WiFi 100 Mbps". Rozmowa zaczęła się normalnie, po 8 minutach internet padł. Próbowałem restartu: nic. Poszedłem do recepcji: zamknięta. Pojechałem skuterem do kawiarni: zamknięta o 22. Straciłem klienta i 3000 euro kontraktu. Jeden wieczór.

Od tej sytuacji mam trzy zasady, które nie są negocjowalne: zapasowe eSIM z roamingiem danych, fizyczny test WiFi przed wprowadzeniem się (nie wierzę opisom z Airbnb) i hotspot na telefonie uruchomiony w tle podczas każdej ważnej rozmowy. Tego nikt nie pokaże w instagramowym reelu.

Produktywność i internet: najbardziej przeceniony problem

Wszyscy narzekają na internet w egzotycznych lokalizacjach. Prawda jest taka, że w 2024 WiFi w Chiang Mai, Medellín, Mexico City, Tbilisi i Lizbonie jest lepsze niż w większości polskich biur, w których pracowałem. To nie jest prawdziwy problem.

Prawdziwy problem to strefy czasowe. Pracujesz z Azji dla klienta europejskiego: masz permanentne popołudniowe zmęczenie i wieczorne rozmowy. Pracujesz z Ameryki Południowej dla klienta z Polski, śpisz do 11, pracujesz od 4 do 12 po południu, potem próbujesz zwiedzać miasto, które jest już wyczerpane dziennym upałem. Brzmi trywialnie, dopóki nie robisz tego przez pół roku.

Druga rzecz, której nikt nie nazywa: prokrastynacja w otoczeniu, które krzyczy "wyjdź, zobacz, odkrywaj". Siedzisz w mieszkaniu w Buenos Aires z widokiem na Palermo, masz trzy zadania do oddania, a mózg ciągle podpowiada "przecież masz tu tylko trzy tygodnie, pójdziesz na chwilę". Chwila zamienia się w pół dnia. W biurze w Warszawie takiej pokusy nie ma: ściana jest ścianą.

Samotność w tłumie coworkingu

Zapisałem się do trzech różnych coworkingów: Dojo w Canggu, CAMP w Chiang Mai, Selina Cosmic w Medellín. Wszystkie mają podobne rzeczy: darmową kawę, głośne rozmowy o kryptowalutach, sesje yogi o 7 rano i ścianę z naklejkami "believe in yourself".

Paradoks tych miejsc: 80 osób w jednej przestrzeni, każda z laptopem, każda prawdopodobnie samotna. Wszyscy uśmiechnięci przy kawie, nikt nie rozmawia dłużej niż pięć minut. Wszyscy mówią o swoich projektach, nikt nie słucha. Zrozumiałem w Bali, że coworking jest najbardziej samotnym miejscem na trasie, bo tam otoczenie udaje, że społeczność istnieje, a w hostelu przynajmniej wiesz, że jesteś sam.

Prawdziwe relacje poznajesz gdzieś indziej: na treningu wspinaczki, na kursie języka, w lokalnej restauracji, do której chodzisz codziennie. Coworking sprzedaje iluzję networkingu, realne kontakty dzieją się po godzinach.

Coworking jest jak siłownia, którą płacisz i której nie używasz. Płacisz, bo miło jest móc powiedzieć "mam miejsce do pracy", nawet jeśli realnie pracujesz w kafeterii obok.

Brak struktury = brak energii: o czym nikt nie mówi

To jest najpoważniejsza rzecz i najmniej dyskutowana. Kiedy pracujesz z domu w Warszawie, masz naturalną strukturę: budzisz się o podobnej godzinie, masz swoją kawiarnię, swój sklep, swoją siłownię, swoich znajomych na czwartkowe piwo. Rytm daje energię, nawet jeśli nie zauważasz.

W nomadowaniu tracisz wszystko naraz. Co dwa tygodnie nowe miasto, nowa siłownia (albo i nie), nowa kawiarnia, zerowi znajomi. Każdy drobiazg (kupno kawy, pranie, znalezienie dobrego internetu) zamienia się w decyzję, którą musisz podjąć od nowa. Po trzech miesiącach jesteś wyczerpany nie od pracy, tylko od ciągłego decydowania.

Psychologia nazywa to decision fatigue. Dla mnie nazywa się to "dlaczego w lipcu 2022 w Lizbonie nie mogłem wstać z łóżka trzy dni z rzędu, choć nic nie chorowałem". To nie była depresja sensu stricto, to była pusta bateria po pół roku zmian.

Rozwiązanie: minimum miesiąc w jednym miejscu. Stała kafeteria, stały harmonogram, stała siłownia. Nuda nie jest wrogiem, jest paliwem.

Plusy, których Instagram nie pokazuje

Nie chcę, żeby ten tekst brzmiał jak narzekanie. Są rzeczy, które nomadowanie daje i których żadna stała praca nie da:

  • Arbitraż kosztów. Pracujesz za europejską stawkę, żyjesz za azjatycką cenę. Jedno mieszkanie w Warszawie = trzy miesiące komfortowego życia w Chiang Mai.
  • Jeden nudny dzień w Polsce kosztuje tyle samo co jeden dzień w Oaxaca. W Oaxaca przynajmniej jesz lepiej.
  • Sezonowa optymalizacja pogody. W lutym uciekam z ciemnej Warszawy, w sierpniu uciekam z duszonego Bangkoku. Zima i upał stają się wyborami, nie skazaniem.
  • Odrobina hartu. Nie chwalę się tym, ale załatwienie rzeczy w czwartym języku w kraju, gdzie nikt ci nie pomoże, robi z ciebie kogoś bardziej odpornego niż pięć lat biurowej pracy.
  • Perspektywa. Kiedy widzisz, jak mało potrzeba do normalnego życia (jedno dobre łóżko, stałe śniadanie, biurko) polskie "muszę mieć własne mieszkanie przed 30-tką" brzmi śmiesznie.

Komu polecam, komu absolutnie nie

Polecam, jeśli: masz stabilny dochód zdalny (minimum 6 miesięcy bez panikowania), lubisz być sam, masz własne hobby, które nie wymaga grupy, potrafisz sam zorganizować sobie dzień. Nomadowanie nie daje struktury, tylko wzmacnia tę, którą już masz.

Nie polecam, jeśli: uciekasz przed rozstaniem, przed depresją albo przed kredytem. Nomadowanie nie leczy, tylko oddala moment konfrontacji. Nie polecam też, jeśli twoja praca wymaga realnej współpracy z zespołem w czasie rzeczywistym. Async praca brzmi dobrze w teorii, w praktyce strefa czasowa zabija ci karierę w ciągu roku.

Moja rada dla kogoś, kto właśnie rozważa ten krok: spróbuj trzy miesiące w jednym miejscu, nie sześciu krajów w sześć miesięcy. Jeśli po trzech miesiącach w Lizbonie, Chiang Mai czy Medellín wciąż chcesz ciągnąć, to znaczy, że ci pasuje. Jeśli zatęsknisz za stałym łóżkiem w trzecim tygodniu, to też odpowiedź i nic w niej wstydliwego nie ma.

Mentoring AI · 1:1

Chcesz budować tak, jak tu opisuję?

Pokażę ci stack, procesy i błędy, z mojej codziennej pracy.